10.05.2010 08:15:33 - Publicystyka Autor: Adam
Zza bramki: Z czym do Europy!?
Niby wszystko jest w porządku. Dramaturgia
ligowej rywalizacji na boiskach ekstraklasy, rośnie z tygodnia na tydzień. Choć
do końca sezonu już tylko dwie kolejki, to żadne z najistotniejszych
decyzji jeszcze nie zapadły. To wróży wielkie sportowe emocje aż do ostatniego
gwizdka.
Nie sposób jednak oprzeć się refleksji iż
nasza ligowa rywalizacja jest chora i pełna absurdów, które nie wróżą dobrze
polskiemu futbolowi, a wręcz mogą zadziwić całą piłkarską Europę.
W żadnym cywilizowanych piłkarsko europejskich krajów nie do
pomyślenia jest aby, mecz dwójki głównych pretendentów do mistrzowskiej
„korony” bardziej przypominał wiejski festyn w podrzędnej lidze, niż spotkanie
na szczycie, rozgrywane w stolicy. Nie chodzi już nawet o jego sportowe oblicze
i prawdziwą klęskę legionistów, którzy tak źle jak w tym sezonie dawno już nie
grali. Bardziej martwi żałosna otoczka spotkania, w niczym nie przypominająca
futbolowego święta, jakie zwykle wiązało się z wizytą Wisły przy
Łazienkowskiej.
To nie przypadek, bo przecież wielkim niewypałem zakończyły się także niedawne, kwietniowe derby Polski, w
których piłkarze Wisły i Lecha robili co tylko mogli, by… zanudzić na śmierć
garstkę kibiców na trybunach. Inni, jakby przeczuwając miernotę tego wątpliwego widowiska, zamiast na Suche Stawy, słusznie wybrali się… na wiosenne pilniki.
Fakt, że właśnie z tej dwójki zespołów wyłoniony zostanie mistrz Polski, wystarczy za
cały komentarz, do stanu naszej ligowej piłki.
Z resztą, jak poważnie traktować głównych
pretendentów do mistrzostwa Polski, skoro w lidze Wisła i Legia pozostają w
cieniu broniącej się przed spadkiem z ligi Korony, a chorzowski Ruch nie daje
rady w pucharze pierwszoligowcom ze Szczecina. Już wcześniej z tymi rozgrywkami pożegnały
się Legia, Wisła oraz Lech, który kompromitująco „padł” w rywalizacji z outsiderem zaplecza
ekstraklasy ze Stalowej Woli. W finale Remes Pucharu Polski,
stanowiącego przepustkę do Ligi Europejskiej, reprezentować będą nas więc drużyny z
drugiego i trzeciego szeregu, w niczym nie ujmując klasy Jagiellonii z
niezmordowanym Tomaszem Frankowskim.
Czy wobec tych wszystkich faktów kogoś
jeszcze może dziwić, że występy naszych drużyn w europejskich pucharach co
roku tworzą historię pełną goryczy i niepowodzeń, z rzadka tylko okraszaną
takimi „rodzynkami” jakie w sercach kibiców pozostawiły nie tak dawne pucharowe
podboje Lecha czy też kilka lat temu Wisły. Liga Mistrzów, to wciąż dla naszych
klubów nieosiągalny raj i pewnie jeszcze długo taki stan się nie zmieni. Nie może być bowiem inaczej, skoro praktycznie jednym
z niewielu pozytywów dobiegających właśnie końca rozgrywek ligowych, pozostaje pełna emocji dramaturgia ich finiszu. To stanowczo zbyt mało, by marzenia o Europie na
naszych stadionach, mogły ziścić się nie tylko za sprawą finałów Euro w 2012
roku. W Polsce jak grzyby po deszczu rosną nowoczesne, duże stadiony. Tylko kto je
zapełni? Przecież stara to
prawda, że jakie widowisko – taka widownia…
MCH
Brawo, swietny felieton! Prawda jest niestety brutalna i nic nie wskazuje na to, ze w najblizszym czasie cokolwiek w tej kwestii sie zmieni.

Pewne zwycięstwo wrocławian
Przebywający na Cyprze zespół Śląska Wrocław pokonał przedstawiciela koreańskiej ekstraklasy - Gyeongnam FC aż 5:1. Bramki dla podopiecznych Oresta Lenczyka zdobyli Sebastian Mila, Rok Elsner, Mateusz Cetnarski (dwie) oraz Dalibor Stevanović.